2005-01-02 16:57:15 >> Świat w oczach grubaski"Co tutaj robię? Cóż... Chciałabym pokazać Ci świat w oczach grubaski..." - napisałam rok temu, kiedy trzeciego stycznia zaczynałam pisać bloga. Ważyłam wtedy 76,6 kg przy wzroście 160 cm. i jedyne, co mogłam jeszcze dodać to te słowa: "Jestem opętana przez jedzenie, obżarstwo trzyma mnie w swoich szponach i nie puszcza... Jestem jego wierną sługą. Kocham jeść! Jem kiedy jest mi smutno i kiedy się cieszę, kiedy jestem samotna i gdy czuję się kochana. Jem kiedy jestem głodna i wtedy, kiedy głodna już dawno nie jestem. Jem, jem, jem... To moje lekarstwo na całe zło tego świata. To mój sposób na okazanie radości. To cały mój świat!" Chciałam tak wiele... Marzyłam o zrzuceniu ponad 26 kg. Miałam to zrobić w ciągu 6-9 miesięcy. Nie zrzuciłam tyle. Ale grzechem będzie jeśli powiem, że się nie udało. Schudłam. SCHUDŁAM PONAD 11 KG!!!! Chciałam w tym blogu pokazać świat w oczach grubaski - i pokazałam. Przez jakiś czas - na początku - chudłam. Radość z sukcesu nosiła mnie jak na skrzydłach. Świat wirował. Wszystko było piękne. Mogłam przenosić góry. Potem waga stanęła, brakło mi sił i motywacji, waga lekko zaczęła rosnąć. Pisałam o atakach obżarstwa nad którymi przestałam panować. Płakałam, upijałam się niemal do nieprzytomności, próbowałam nawet czarów, ale nie pomagało nic... Jadłam! I nie było już dla mnie ratunku. Jedzenie było jedynym sensem życia. Lekarstwem na całe zło i jedyną tego zła przyczyną. Tak wtedy myślałam. Potem wydarzyło się coś. Coś strasznego. Przyszło jak armagedon po dwóch tygodniach tęczowego szczęścia. A jedzenie nagle przestało być problemem, bo pojawiły się inne problemy. I nawet jeść nie potrafiłam. Znowu chudłam. Chudłam i płakałam. I przestałam jeść mięso, słodycze i pić alkohol - to była moja ofiara, żeby cała ta historia skończyła się jak najszybciej. Czasem się łamałam, bo trudno mi było tłumaczyć obcym osobom, że nie jem mięsa czy słodyczy. Wtedy zjadałam. A w sylwestra sama sobie zrobiłam dyspenzę i po prostu upiłam się. Rano się obudziłam z przekonaniem, że jestem zła, i że przez moją słabą wolę ta zła historia będzie ciągnęła się dalej... Teraz wydaje mi się, że jestem już na tyle silna, że... chcę dalej prowadzić tego bloga i... dalej walczyć o zrzucenie jeszcze paru kg. Choć zastanawiam się, czy nie jest to droga do piekła... Dziś ważę 65,3 kg... Bądźcie ze mną! skomentuj (7) |
|
|||||||